17 lipca 2020
104461365_3385813861451909_1752611125126932462_o
fot. Dawid Stube | Teatr Fredry w Gnieźnie FB

Siła niewypowiedzianego

Najnowszy spektakl duetu Wiktor Rubin/Jolanta Janiczak „I tak nikt mi nie uwierzy” uderza przede wszystkim upiorną aktualnością tematu. Choć główną osią narracji jest opowieść historyczna – tragiczny los Barbary Zdunk – to trudno nie łączyć jej ze współczesnością, w której wciąż tak samo funkcjonują przemoc wobec kobiet i dyskredytowanie ich wiarygodności. Bohaterka przedstawienia jest jedną z wielu ofiar opresyjnego systemu sądownictwa. W dokumentach historycznych jej nazwisko pojawia się w związku z pożarem, który pewnej wrześniowej nocy wybuchł w Reszlu. Sprawcami podpalenia byli prawdopodobnie żołnierze armii napoleońskiej, jednak winą obarczono Zdunk (która rzekomo dokonała tego przy pomocy czarów, chcąc ukarać wiarołomnego kochanka). 21 sierpnia 1811 roku, po czterech latach spędzonych w areszcie, została spalona na stosie. Była to ostatnia w Europie udokumentowana egzekucja w wyniku oskarżenia o czary.

W spektaklu wyreżyserowanym przez Rubina w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie historia Zdunk jest jedynie punktem wyjścia do snucia wielowarstwowej opowieści o kondycji kobiety w patriarchalnym, hierarchicznie urządzonym świecie. Dramaturgia skonstruowana została z misternie inscenizowanych retrospekcji i intymnej, poetyckiej narracji. „I tak nikt mi nie uwierzy” to wnikliwa analiza psychiki ofiary przemocy seksualnej, a równocześnie artykulacja sprzeciwu wobec metod stosowanych podczas opresyjnych śledztw sądowych, które w przypadku kobiet zdumiewająco często opierają się na podważaniu wiarygodności zeznań. Nie bez powodu wraz z początkiem spektaklu bohaterka (grana przez Karolinę Staniec) układa nad sceną metalowe litery tworzące tytuł spektaklu. Na mapie skojarzeń pojawiają się automatycznie ruch #metoo, sprawy Harveya Weinsteina i Romana Polańskiego i przerażające dane Centrum Praw Kobiet, według których co siedem dni z powodu przemocy domowej umierają trzy Polki. Powiązanie historii osób spalonych na stosach ze współczesnymi przypadkami przemocy nie jest bezzasadne. W ten sposób twórcy stawiają pytanie o to, co zrobiliśmy w kwestii praw kobiet od czasu wymierzonej Zdunk niezawinionej kary. Rubin i Janiczak nie stworzyli spektaklu stricte historycznego, lecz odważną polemikę z naiwną wiarą w niezachwiany (pomimo wielokrotnych przekroczeń sprawujących rządy) stan współczesnej demokracji.

„I tak nikt mi nie uwierzy” jest spektaklem silnie dialogującym z popularnymi terminami wywodzącymi się z historii myśli psychologicznej. Twórcy dokonaną na Zdunk zbrodnię sądową konfrontują z konceptami wtórnej wiktymizacji i tak zwanej wyuczonej bezradności. Proponują również wnikliwą analizę kondycji bohaterki poprzez analogię do eksperymentu psychologa Martina Seligmana oraz pojęć z zakresu psychoanalizy Freudowskiej. Janiczak z sukcesem połączyła metodologiczny dyskurs i wyrazisty styl dramaturgiczny. Część tropów ujawniana jest bezpośrednio przez bohaterów – dzieje się tak zwłaszcza w sędziowskim wywodzie postaci granej przez Rolanda Nowaka. Inne, wszyte głęboko w strukturę tekstu tropy służą uniwersalizacji historii Zdunk, tworząc tym samym opowieść o traumie, ofierze, przemocy i karze. Przewodnią ideę spektaklu sugeruje opowieść ojca/sędziego, w której znacząco porównuje on los własnego dziecka do eksperymentu Seligmana. Psycholog wykazał, że powielane wstrząsy elektryczne wytwarzają w badanym psie patologiczną bezradność, blokując ucieczkę nawet wtedy, gdy ta jest już możliwa. Bezradność okazała się zatem stanem wyuczonym, nabytym za sprawą powtarzających się szkodliwych bodźców. W tym przypadku nie jest to jedynie historyczna wycieczka w rejony nieetycznych eksperymentów XX wieku, lecz metafora kondycji bohaterki spektaklu i osób jej podobnych, sukcesywnie pozbawianych woli życia i szansy samostanowienia.

 

fot. Dawid Stube | Teatr Fredry w Gnieźnie FB

 

Zdarzenia rozgrywają się w sali sądowej. Zarówno oskarżycielem, jak i obrońcą w sprawie Zdunk jest jej ojciec. Jako strażnik patriarchalnego porządku i prymatu logiki poszukuje materialnych dowodów, które dokładnie charakteryzować będą okoliczności sprawy. Reprezentując aparat sądowy, ubrany jest niczym anglosaski sędzia: w czarny kaftan, białą befkę i szare bryczesy. Brak mu jedynie peruki, lecz jej funkcję spełniają opadające na ramiona siwe włosy. Wykorzystując posiadane uprawnienia, dokonuje – zgodnie z językiem psychologii – aktu wtórnej wiktymizacji Barbary. Pierwotnie stygmatyzowali ją kolejni gwałciciele. W gnieźnieńskim teatrze grają ich pracownicy techniczni tej sceny. Zaangażowanie niezawodowych aktorów to zabieg znany z wcześniejszych spektakli Rubina i Janiczak. Tym razem jednak sprawia, że bezimienni kaci przydają scenom przemocy pewnej laboratoryjności – jak gdyby były odgrywane na potrzeby przewodu sądowego jako układ choreograficzny. Groteskowe gesty mężczyzn wskazują na sztuczność i schematyczność przesłuchań. Oprawcy nie mają nawet własnego języka – kwestie, niczym suflerka, podpowiada im Barbara; ofiara użycza im słów, którymi mogą ją jeszcze dotkliwiej skrzywdzić.

Ojciec przygląda się wstrząsającym (mimo scenicznego ascetyzmu) scenom i zastanawia się, w jaki sposób jego córka mogła stać się ofiarą przemocy. Mnoży zatem pytania, ratując swój rozpadający się kodeks wartości. Czy nie prowokowałaś oprawców swoim wyglądem? Dlaczego się nie broniłaś? Czy masz świadków gotowych potwierdzić te niespójne opowieści? Barbara jest zbyt żywa – w swoim czerwonym płaszczu i krzykliwych bucikach, radosna, seksualnie zuchwała i pozbawiona wyrzutów sumienia – aby być tylko referującą przeżyte piekło ofiarą. Nie ma świadków – posiada jedynie swoje ciało i wspomnienia. Materiał, na podstawie którego dochodzi do rekonstrukcji zdarzeń, pojawia się na projekcjach w głębi sceny: to sztuczne kwiaty cmentarne, chusteczka ubrudzona spermą (szlachetny żołnierz oczyścił nią dziewczynę z brudu grzechu), czaszka i książka Jacka Wijaczki „Procesy o czary w Prusach Książęcych”. Pomiędzy nimi wyłania się czasem twarz Barbary, To właśnie jej ciało i wspomnienia są najważniejszym dowodem w toczącej się sprawie.

Śledczy, zamiast tropić i karać sprawców, poszukuje remedium na niebezpieczną, bo wyzwoloną kobiecość, którą postrzegają jako osobliwość. Nie bez powodu Zdunk mówi ze sceny o histerii, której źródeł upatrywano w niespożytej seksualnej sile. Twórcy spektaklu bawią się archaicznymi wyobrażeniami. Obsadzona w roli Barbary Zdunk Karolina Staniec konsekwentnie ucieka przed przyszywaną jej postaci łatką ofiary. Młoda aktorka zachwyca ekspresywnością oraz odwagą w ogrywaniu swej scenicznej nagości. Wykorzystuje rozmaite gesty: od melancholijnych, poetyckich zwierzeń skierowanych do publiczności aż po ostentacyjne (matczyno-erotyczne) karmienie piersią ukochanego Jakoba (Piotr Dobek). Energia i fizjonomia aktorki (długie, rude włosy przywołują na myśl „Szał” Podkowińskiego) umożliwiają jej efektywną żonglerkę płciowymi kodami. Dopełniła je kostiumografka Hanna Maciąg, która Barbarę/Staniec ubrała w staroświeckie majtki, krwiście czerwoną pelerynę Czerwonego Kapturka, koszulkę z napisem Pussy Monster i czerwone kozaczki.

W „I tak nikt mi nie uwierzy” buty często definiują charakter noszących je postaci. Czerwone kozaczki Barbara odziedziczyła po zmarłej matce, której nie wypadało w nich składać do trumny. Buty sygnalizują rodzącą się w dziewczynie kobiecość (pierwsza miesiączka i seksualne uniesienia), ale są też odwołaniem do „Czerwonych trzewiczków” Andersena, których bohaterka ukarana została za pychę obowiązkiem nieustannego tańczenia. Czyżby brutalne gwałty, okaleczenie ciała, więzienie i śmierć na stosie były karą za seksualną zuchwałość i wyzwoloną kobiecość? Ukochany Barbary – Jakob (Paweł Dobek) – podeszwy sneakersów obite ma frotą do czyszczenia podłóg. Za to jej brat (Michał Karczewski) chodzi boso: luksusowe mokasyny zostały przebite stopami na wylot i wiszą teraz na jego łydkach. To postać, która nie pasuje do pozostałych mężczyzn z spektaklu – nie jest analityczny jak ojciec ani bezwzględny jak gwałciciele. Daleko mu też do infantylizmu Jakoba, monotonnie grającego na akordeonie wiejskie melodie. Jako jedyny wierzy siostrze. Jest swoistym skrybą jej doświadczeń i wspomnień. Jednak i to przymierze zostanie przez historię unieważnione.

 

fot. Dawid Stube | Teatr Fredry w Gnieźnie FB

 

W kręgu traumy – już nie doświadczanej bezpośrednio, lecz na skutek pokoleniowej transmisji – znalazły się również córki Barbary. Z przekazów historycznych nie wiemy, ile dzieci powiła. W spektaklu pojawiają się trzy, dojrzałe już, kobiety. Ucharakteryzowane są przedziwnie: w nosach septum, na głowach wianki z czosnku, na twarzach etniczny makijaż. Za kostium służą im czarne gorsety i długie, ale równocześnie odsłaniające staroświeckie majtki spódnice. Te trzy parki: Anna (Kamila Banasiak), Alicja (Martyna Rozwadowska) i Agnes (Joanna Żurawska) snują osobistą opowieść o tragicznym życiu matki. Jako dzieci przesiąkły poczuciem odrzucenia i własnej przypadkowości. Każda jest inna, ale wszystkie próbują zrozumieć swoje miejsce w reprodukowanej przed widzami historii. Nie dysponują jednak językiem zdolnym pokonać ciężar unoszących się nad sceną przemilczeń i niedopowiedzeń maskowanych potokami wypowiadanych słów. Anna i Alicja krytycznie odnoszą się do relacjonowanej historii, choć zaintrygowane są magicznymi zdolnościami matki. Jedyna Agnes darzy matkę miłością i nie czuje wstydu z jej powodu. Ciekawy w tym rozliczeniowo/rodzinnym seansie jest wątek Alicji. Jako córka jednego z żołnierzy-gwałcicieli chciałaby zemścić się na nim za siebie i matkę. Fantazjując o wymierzanej karze, bawi się w swoistą ruletkę z siedzącym na wózku inwalidzkim staruszkiem (Bogdan Stachowiak): zasłania mu głowę spódnicą i rozpędza wózek, hamując przed krawędzią sceny. Zaciskające się na poręczach dłonie mężczyzny dowodzą ciężaru tej praktyki.

Zemsta za przemoc, gwałty i poniżanie Barbary Zdunk nie dokona się nigdy, podobnie jak jej rehabilitacja i zadośćuczynienie. Jedynym przejawem pamięci o niej są organizowane w Reszlu festyny, podczas których męczennica staje się atrakcją turystyczną. Co zrobić, aby snute analogie pomiędzy tamtą brutalnością a czasami współczesnymi nie okazały się zbyt łatwe? Jolanta Janiczak wskazuje drogę – trzeba mówić! Należy powtarzać przemilczane przeciw-historie, aby zaczęły funkcjonować w głównym obiegu historiografii. Nie powinna być to jedna zbiorcza opowieść, przemieniająca konkretne kobiety w składowe części kobiety-podmiotu historii. Potrzeba wielu konkretnych opowieści. Historie przemocy, zwłaszcza (zbyt!) powszechnej przemocy wobec kobiet, nie mogą być jedynie apokryfem na marginesie polityczno-społecznego dyskursu. Dopóki tak nie będzie – wciąż na naszych oczach dochodzić będzie do kolejnych pogromów, gwałtów, aktów agresji czy poniżenia.

 

 

Jolanta Janiczak, „I tak nikt mi nie uwierzy”
reżyseria: Wiktor Rubin
scenografia: Łukasz Surowiec
kostiumy: Hanna Maciąg
muzyka: Krzysztof Kaliski
reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski
Teatr im Aleksandra Fredry w Gnieźnie
premiera: 19, 20, 21.06.2020

Wstyd nasz codzienny
27 lutego 2021

Wstyd nasz codzienny

Siła wstydu dla nikogo nie powinna być abstrakcyjna – jest on naszym doświadczeniem. Dlatego nie sam tytułowy afekt stanowi o wymowie przedstawienia.
Pop o kochaniu
25 lutego 2021

Pop o kochaniu

To książka dla wszystkich „osób, które chcą być kochane”. Kochanie jest powszechne i demokratyczne – ale właśnie może zbyt powszechne, a zarazem zbyt indywidualne, by uważać, że można nadać ten sam komunikat do wszystkich, nikogo przy tym nie krzywdząc...