23 listopada 2020
wypierdalac_www
autor grafiki: Jarek Kubicki

Wypierdalać: historia osobista (1992-2020)

Lato było upalne. Według IMGW, najgorętsze w historii pomiarów w Polsce. W sobotę, 8 sierpnia 1992 roku polska reprezentacja futbolowa rozegrała mecz w finale igrzysk olimpijskich. Sto tysięcy ludzi na stadionie Camp Nou. Miliony przed telewizorami oglądają przekaz w publicznej telewizji. I miliony te, po zakończeniu transmisji – a przy okazji również marzeń o olimpijskim złocie – mogły obejrzeć i usłyszeć coś zgoła innego niż zawody na stadionie w Barcelonie.

„Ten system jest zły / Małoletnie prostytutki na ulicach wielkich miast / Edukacja religijna / Oni kreują swoich idoli, swoje dziwki tutaj sprzedają / Muzeum na scenach, skansen, skansen!”. A potem jeszcze, że „to chory kraj”, gdzie „pełne są koryta”, a „religia to więzienie”.

TVP 2 transmituje na żywo festiwal w Jarocinie. Wykonawcy mają przydziałowe dwadzieścia pięć minut i zakaz bisów. Na scenie staje laureat głównej nagrody, zespół Ga-Ga z Raciborza. Zamaskowany okularami Smalec, znany jako lider Zielonych Żabek, skanduje, krzyczy, charczy. Współczesne komentarze są zgodne, był to najbardziej radykalny i anarchistyczny przekaz w dziejach Telewizji Polskiej. Na żywo, bez kontroli. To w jego trakcie wokalista wykrzyczał „Wypierdalać!”. Raz za razem. Hasło to nie było na festiwalu nowe. „Wypierdalać!” oraz „Punki grać, kurwa mać!” stały się w pewnym momencie niemal obyczajowym folklorem jarocińskiej publiczności. Nigdy wcześniej jednak „Wypierdalać!” nie wybrzmiało jako sceniczny refren, nigdy wcześniej nie transmitowała tego telewizja, nigdy wcześniej nie szło to w sobotnim primetime’ie. Stałem  pod sceną. Słyszałem. Akceptowałem. Może nawet mi się podobało. „Anarchistyczna stacja na pasmach Telewizji Polskiej kończy swoje nadawanie” – rzucił na koniec Smalec.

W tym samym 1992 roku poeta Marcin Świetlicki pisze wiersz „Pogo”. Wyda go nie od razu. Bawiąc na stypendium w Berlinie, zajmuje się znojnym porządkowaniem swoich wierszy na te „poważniejsze” i „bardziej błahe oraz piosenki”. Pierwsze składa w wydawnictwie a5 u Krystyny i Ryszarda Krynickich, drugie natomiast trafiają do bydgoskiej oficyny Świadectwo. W tomiku zatytułowanym „37 wierszy o wódce i papierosach”, opublikowanym w 1996 roku, jest właśnie „Pogo”. Czytam:

Spałem źle. W tym kraju,
w którym wzorcem mężczyzny jest ksiądz albo handlarz.
Spałem źle. W tym kraju,
w którym znów ojczyznę a nie wiosnę zobaczę. (Jak ci się
nie podoba – to wypierdalaj!). Źle spałem.
Spałem źle.

Są podejrzenia, że tomik ten był potem wydawany nielegalnie, co by oznaczało, że piratowano u nas poezję współczesną! Objaśniał to Świetlicki, gdy jedenastego dnia jedenastego miesiąca jedenastego roku (numerolodzy, baczność!) podsunąłem mu do dedykacji książeczkę z „37 wierszami…”, którą ofuknął, obrzucił złym spojrzeniem i podpisał niczym wymuszony weksel. Nic tak bardzo nie przysłużyło się jednak popularności tego wiersza/piosenki, jak umieszczenie go/jej na płycie „Ogród koncentracyjny” zespołu Świetliki i ogrywanie na setkach koncertów.

W listopadzie 1992 roku – nadal nie zmieniamy czasoprzestrzeni – w polskich kinach miał premierę film „Psy” Władysława Pasikowskiego. Może oglądałem go już wtedy, może trochę później. Nieważne. Ważne, że setki tysięcy Polaków poznały dzięki temu obrazowi esbeka Franza Maurera, że miliony zaczęły powtarzać frazy z tego filmu. W jednej ze scen Maurer (Bogusław Linda) pruje z karabinu do mafiosów i nienawistnie cedzi: „Wypierdalać!”.

Takie były pierwsze objawienia inkryminowanego rozkaźnika w przestrzeni publicznej. Wszystkie miały miejsce mniej więcej jedno pokolenie temu. Teraz mamy ten rozkaźnik w zwielokrotnieniu. Jeszcze czuję dreszcz, a może nawet pełen ekscytacji dygot, gdy usłyszałem go po raz pierwszy – na nowo. Na Piotrkowskiej w Łodzi gęstniał tłum, z lasem kartonowych transparentów nad głowami. Hulajnogi, rowery, dziecięce wózki, tęczowe chusty. Na pierwszy rzut oka przypominało to piknik w apokalipsie. Dwudziesty trzeci października był początkiem obowiązywania nowych pandemicznych obostrzeń. W moim dziesięciopiętrowym hotelu mieszkało dwanaście osób, za przezroczystą taflą pleksi siedziała wystraszona recepcjonistka, ulice się wyludniły, zamknięto sklepy i knajpy. A tu nagle ten tłum. Tłum ze swoją chtoniczną energią. I skandowanym na pełne gardła „Wypierdalać!”.

I wtedy, i teraz zderzyły się dwa porządki, dwa łady, dwie kultury. W 1992 roku trwał proces subtelnie nazywany transformacją, z bezrobociem, inflacją, likwidacją zakładów pracy, chaosem, bandyterką oraz rytualną wojną na górze. W roku 2020 trwa z kolei proces nazywany III RP, z butą władzy, gwałceniem praworządności, nepotyzmem, chaosem decyzyjnym, wulgarną propagandą oraz rytualnym kacykiem na górze. I wtedy, i teraz „Wypierdalać!” było wyrazem z języka swobody, ale jednocześnie z języka traumy i języka bezsiły (choć wolałbym napisać tutaj o „sile bezsilnych”). Trudno zaiste w polszczyźnie o słowo bardziej zrozumiałe bez względu na elektorat i kompetencje. Trudno o słowo w bardziej dobitny sposób wypowiadające posłuszeństwo: PiS-owi, władzy, Kościołowi, III RP.

Oczywiście, nie jest tak, że pomiędzy rokiem 1992 a 2020 nic się w zakresie zajmującego mnie słówka nie działo. W 2011 roku na ulicach Krakowa, Warszawy, Opola, Wrocławia i Legnicy pojawił się mianowicie bilbord z hasłem „Zimo, wypierdalaj”. Był to projekt artystki Moniki Drożyńskiej z cyklu „Hafty miejskie”. Artystka podejrzała takie hasło na murze w podwarszawskiej Radości. Przypadło jej do gustu, wyhaftowała je białą nitką (pomijając przecinek) na błękitnym tle. Z boku dodała dwie śnieżne gwiazdki. Nie pamiętam tych bilbordów, ale akcja musiała być głośna, bo wywołany do tablicy poczuł się ówczesny minister kultury, będący jednocześnie mecenasem finansowym projektu. „Awantura, która powstała, jest wynikiem kompletnego niezrozumienia – tłumaczył tenże – i przede wszystkim braków w edukacji artystycznej nas samych […]. Ta młoda, niezwykle wrażliwa i wszechstronnie uzdolniona artystka jest jednocześnie obserwatorką otaczającej nas rzeczywistości”.

Były też kolejne filmy: oto w „Ajlawju” (1999) zirytowany Adaś Miauczyński (Cezary Pazura) zwraca się do pięknej Gosi (Katarzyna Figura): „Wypierdalaj!”; oto Wiesiek Wojnar (Marian Dziędziel) w „Weselu” (2004) ostatecznie kończy świętowanie zamążpójścia swojej córki, rozkazując: „Wszyscy wypierdalać!”; oto Jerzy (Robert Więckiewicz) w „Pod Mocnym Aniołem” (2013) rzuca w rozwibrowaną przestrzeń: „Wypierdalać wszyscy!”. Była, i jest, jeszcze bluzgorea w filmach Patryka Vegi, tak bliska przecież sieciowej spluwaczce.

Był też szum tła. Czasem oficjalny, w świetle kamer, głośny, kreowany świadomie i z premedytacją, jak w polskim Sejmie: „O Wersalu marzycie… Na tej sali już go nie będzie!” (Andrzej Lepper, 2001). Czasem zaś był to szum stłumiony, podawany niby to dyskretnie, nietracący jednak dobitności: „Spieprzaj, dziadu!” (Lech Kaczyński, 2002), „Nie wkurwiaj mnie, tu jest upierdolony stół!” (Kamil Durczok, 2009) czy „Wypierdol mi to!” (Tomasz Lis, 2010). O szumie tworzonym przez zagraniczną kinematografię już nawet nie wspominam, choć frapującym tematem byłoby sprawdzenie, na ile sposobów tłumaczono u nas to fuck off i wszystkie pochodne (bo przecież w tyle głowy jest burżuazyjny „gin with tonic” z pewnego kryminału spolszczony jako „jałowcówka z oranżadą”, bo te napoje poczciwy tłumacz znał i akceptował jako swojackie).

W 2019 roku grupa Wu-Hae pokazała w sieci klip do utworu „Wypierdalać”. Zaczyna się tak: „Ze złym rządem – wypierdalać! / Z arogancją polityków – wypierdalać! / Z chujowymi ustawami – wypierdalać! / Ze sprzecznymi ustawami – wypierdalać!”. Potem jest przekonujący w swej prostocie refren, czyli dokładna repetycja tego, co wykrzykiwał przed laty zespół Ga-Ga. Ciekawostką jest to, że muzyków z Wu-Hae nominowano ongiś za płytę roku do nagrody „Superjedynki”, fundowanej przez publiczną telewizję.

Ważniejsze jest wszelako co innego. „Wypierdalać!” z czasów transformacji różni się od „Wypierdalać” z czasów III RP w dwóch ważnych punktach. Po pierwsze, to wcześniejsze wypowiadali wyłącznie mężczyźni. Muzyk, poeta, aktor – sami faceci. Dzisiaj zaś wykrzykują je przede wszystkim kobiety. Po drugie, tamten dawny rozkaźnik podawany był niemal na surowo, teraz natomiast towarzyszy mu fenomenalna otulina setek haseł, pełna zarówno subtelnych nawiązań, innowacyjnych odniesień, jak i analogii tak pomysłowych, środowiskowo i pokoleniowo zakorzenionych, że czasem nieczytelnych dla ogółu.

„Jest tak źle, że nawet introwertycy wyszli na ulice”, „Mam dość”, „Wkurwione i solidarne”, „Macie krew na rękach”, „Nie chciej Polsko mojej krwi”, „Zostały nam tylko wieszaki”, „Polsko, ty przestań nam macice prześladować”, „Strach się ruchać”, „Chcieliście piekła, to je wam damy”, „Moje ciało, mój wybór”, „Moja macica, moje prawo”, „Zachowaj dystans od mojej macicy”, „Wara od mojej cipki”, „Nie chcę waszych brudnych łap w majtkach”, „Martwa dziecka nie urodzę”, „Zajmijcie się ciałem Chrystusa”, „Wybór, nie zakaz”, „Wyrok na kobiety”, „Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek”, „Myślę, czuję, decyduję”, „Urodzę wam lewaka”, „Teraz, kurwa, my”, „Szał macicy na ulicy”, „Nawet mefedron ma lepszy skład niż rząd”, „Jarek, spieprzaj, dziadu”, „Niby kaczka, a jednak świnia”, „Duda myśli, że in vitro to pizzeria”, „PiS robi herbatę na wodzie po pierogach”, „PiS myśli, że Mazurek Dąbrowskiego to ciasto”, „PiS dzwoni na domowy i pyta, gdzie jesteś”, „Obyś, chuju, wdepnął w LEGO”, „Nie za taki świat zginął Tony Stark”, „Anuszka już rozlała olej”, „Podmiot nie zgadza się z orzeczeniem”, „Gram na dudzie jak Kaczyński”, „Fuckduck”, „Przestańcie, kończą mi się kartony”, „Módlcie się, żeby nam się okresy nie zsynchronizowały”, „Wody odeszły, robimy rewolucję”, „Koniec dziadocenu”, „PiS to nie ludzie, to ideologia”, „Odbieracie prawa, odbierzemy władzę”, „Rząd nie ciąża, można usunąć”, „Wolna Polka”, „Trzeba było nas nie wkurwiać”, „To jest wojna!”, „Przeproście i spierdalajcie!” „Wypierdalać z naszych macic”, „Wypierdalać!”.

Związany z Massachusetts College of Liberal Arts doktor Timothy Jay uchodzi za światowego specjalistę z zakresu maledictology. Nie mam pewności, czy w ogóle istnieje polski odpowiednik tego określenia. Zaryzykuję jednak: Jay jest maledyktologiem, czyli badaczem specjalizującym się w psychologii przekleństw. Kto jest pilny? Kto zauważył? Dziedzina Jaya to termin z zaskakującym kluczem – wszak male to po angielsku „męski”, ale w tym konkretnym przypadku także „zły”; mamy tutaj przejęte wprost z łaciny maledictum – „powiedzenie czegoś złego”, „obelga”, „zniewaga” (wspomnieć można i włoskie maledire – „przeklinać”). To „zabawnie znaczące w kontekście Twojego tekstu” – napisała mi redaktorka Joanna, której zawdzięczam te uwagi.

Jay, maledyktolog ze stanu, od którego w polszczyźnie nie tworzymy przymiotnika, przekonuje, że stosowanie wulgaryzmów ma określone zalety. Jakie? Jest mianowicie w stanie łagodzić agresję, która w innym przypadku mogłaby doprowadzić do użycia przemocy. Inne badania sugerują z kolei, że głośne przeklinanie zwiększa odporność na ból.

Pozostaje pytanie: które z tych dobrodziejstw rozkaźnika okaże się bardziej potrzebne u nas? Będzie popyt na łagodzenie agresji czy raczej grozi nam podaż bólu?

Sacrum w niewoli
22 lutego 2021

Sacrum w niewoli

Skoro w debacie o aborcji w Polsce przestano dawać wiarę argumentom powtarzanym od lat, bazującym na raportach medycznych i psychologicznych, może warto sięgnąć po inny zestaw (nar)racji? Posłuchać opinii pochodzących z innego systemu, ale dzięki temu na nowo oświetlających sprawę...